Z HAMMEREM W CZTERY OCZY #6 – Wywiad z Magdaleną Sobczak (FOTO-ADVENTURE)

Powrót do strony produktu

Podróżniczka i reporterka, która niemal nad wszystko ceni człowieka, jego codzienne życie oraz etos pracy, czyli Magdalena Sobczak – opowiada o ryzykowaniu w poszukiwaniu lepszych kadrów oraz o sposobach na przełamywanie własnych słabości w ekstremalnych sytuacjach. Autorka foto-adventure.pl stojąca na straży tradycji oraz ginących obrządków, ciekawa świata, odkrywająca swoje granice i to co w świecie niedocenione. Zapraszamy do lektury wyjątkowego wywiadu o balansie między przygodą, podróżą, a fotografią.

Wywiad z Magdaleną Sobczak

Megi, piszesz o sobie: „lubię adrenalinę, sport i wysiłek. Lubię podróże, nietypowe miejsca i nietypowych ludzi”. W jakim najbardziej nietypowym miejscu w życiu byłaś?

Magdalena Sobczak: Myślę, że jeśli miałabym odnieść się do tych słów to jako miejsca nietypowe wskazałabym kilka regionów w Polsce. Nietypowe ze względu na swoisty klimat, na przestrzeń wolną od turystyki i prostotę. Jednak te spokojne miejsca to głównie wsie, w których nie każdy dozna ukojenia bo to miejscowości najczęściej pozbawione sklepu, czasem asfaltu i telefonicznego zasięgu. Ja akurat w takich miejscach najlepiej ładuje akumulatory. Mam wtedy okazję dotrzeć do ludzi dla których czas nie jest najcenniejszą walutą. Kiedyś pewnie wskazałabym na bieszczadzkie wioski, bo z nimi wiąże się mnóstwo historii, samotny autostop i dyplom z fotografii, ale moje myślenie zmienia się tak jak zmieniają się same Bieszczady i ruch turystyczny.

Teraz serce oddałam Podlasiu i Polesiu zafascynowana przyrodą, kulturą, dawnymi fotografiami chociażby Zofii Chomętowskiej, która fotografowała wnikliwie Polesie w kontekście współżycia człowieka z przyrodą. Tak trudno skupić się na jednym regionie i miejscu, ponieważ Polska ma naprawdę wiele do zaoferowania. Do tego kosza rozmaitości mogłabym wrzucić również co nieco z innego kontynentu, a mianowicie Mongolię. Krajobraz marsjański, mnóstwo wolności, którą czuje się obserwując dzikie konie, ale i ludzi żyjących na stepie. Skaliste zbocza, pofałdowany horyzont i nieokiełznana dzikość. Jedni zobaczą w Mongolii pustynny, nieciekawy step, drudzy zachwycą się różnorodnością zmieniającego się krajobrazu.

Te kontrasty są zachwycające. Prowadzisz też foto-blog o nazwie Foto-adventure.pl, podróżujesz po świecie i uwieczniasz najciekawsze chwile, a także miejsca. Na fotografiach równie chętnie co najdalsze zakamarki globu ukazujesz polskie święta, obrządki oraz wsie. Jest w tym coś wyjątkowego. Skąd pomysł na uwiecznianie tradycji i tych spraw, obok których na co dzień przechodzi się właściwie obojętnie?

MS: Na wsi dba się o utrzymanie tradycji. Wiara jest również na wyższym poziomie, stąd wszystkie święta kościelne mają piękną, bogatą oprawę. Wszelkie obrzędy czy zwyczaje bardzo integrują mieszkańców, choć z opowiadań rodziców czy dziadków nie jest to już na takim poziomie jak dawniej. Do Koła Gospodyń Wiejskich należała moja babcia, teraz angażuje się mama. Dziadek był kierowcą wozu strażackiego w Ochotniej Straży Pożarnej, tata członkiem, później i ja dołączyłam. Pisanie o Polskiej wsi, fotografowanie jej jak się zmienia i przekształca, pozwala mi wrócić do tego co najważniejsze. Przypomnieć sobie o wartościach, które mnie ukształtowały. Na wsi czas mierzy się zgodnie z zegarem pór roku, nie można niczego zwolnić ani przyspieszyć, trzeba to zaakceptować i dostroić się.

Cenna uwaga, jednak Twoje reportaże to nie tylko wspaniałe historie w obrazach. To też ciekawy balans między przygodą, podróżą, emocjami a fotografią. Jadąc na daną wyprawę, czy wydarzenia masz pomysł na jego przedstawienie, czy raczej wszystko rodzi się na miejscu, na gorąco?

MS: Zazwyczaj przed każdym wyjazdem przygotowuje się merytorycznie na tyle, na ile mogę. Zasięgam porad, literatury, szperam godzinami w internecie, ale czasami okazuje się, że to co jest dla innych interesujące, dla mnie jest już pozbawione duszy, zbyt komercyjne i rozpoznawalne. Niekiedy jest też odwrotnie. Dany artykuł, historyczna wzmianka zainspirują mnie do dalszych poszukiwań. Bywa również tak, że rozkładam mapę i szukam miejscowości, która nie kojarzy mi się z żadną internetową podpowiedzią i biorę ją pod uwagę głównie dlatego, że jest usytuowana z dala od ruchliwych dróg i dużych aglomeracji.

Wtedy chce się dowiedzieć jak tam jest, a co najważniejsze, jakie historie mogę tam usłyszeć. Jednak nie wszystkie podróże da się szczegółowo przemyśleć. Tak było z projektem „PUK PUK Wigilia”, którego celem było dojechanie rowerem na wigilię prawosławną na Podlasie. Każdy dzień trasy był czystą nową kartą, miałam jasno zarysowany cel, ale ludzie i sytuacje zmieniały moje myślenie o całym przedsięwzięciu. Napotkane osoby uczyły mnie otwartości, że wigilia może wydarzać się każdego dnia. W ostatnim, decydującym dniu gdy miałam wybrać miejscowość, w której dosłownie będę pukać do drzwi, znów zaufałam mapie.

Niesamowita historia. Co było dalej, jak reagowali ludzie, gdy w Wigilie zapukałaś do ich drzwi?

Trafiłam do Prawosławnego Domu Pomocy Społecznej, w którym zjadłam wigilię u boku ludzi, którzy byli prawdopodobnie otoczeni ze strony opiekunek największą miłością jaką się da, będąc jednocześnie osobami porzuconymi i zapomnianymi przez swoje rodziny. To właśnie u nich mogłam podczas tej jednej wigilijnej nocy poczuć namiastkę domu. A potem wolna od roweru i sakw z zaangażowaniem, ale też niepewnością pukałam do drzwi tam gdzie można było dojrzeć ruch i tlące się światła.

Jak reagowali ludzie? Widziałam w oknach wiele twarzy, choinki, rodziny żwawo rozmawiające przy stole, lecz nie każdy widok zaobserwowany z zewnątrz przeradzał się w żywy kontakt. Wielu nie otwierało drzwi bądź jak mniemam w ogóle nie słyszało mojego pukania. Czym dalej szłam w głąb wsi, tym miałam głębsze refleksje. Dobrze wspominam wizytę u samotnego spawacza ze stołem pełnym śledzi przygotowanych na różny sposób i rodzinę pszczelarzy gdzie mogłam rozwinąć skrzydła. To historie mniej i bardziej skomplikowane na dobre kilka kubków kawy.

Dzięki za to. Powiedz – był może jakiś punkt, wydarzenie zwrotne w Twoim życiu, który zdecydował, że będziesz robić to czym się teraz zajmujesz? Co to takiego było?

MS: To dobre pytanie, które jednocześnie sprowadza się do tego czym się właściwie zajmuje. Wszystko co robię: fotografia, film, pisanie tekstów, prowadzenie warsztatów, bycie aktywnym w swoim lokalnym środowisku i w ogóle aktywnym sportowo, sprowadza się do jednej cechy, która chyba najbardziej nakręca mnie do działania i realizowania swoich wewnętrznych potrzeb. To ciekawość. Wychowałam się na wsi w gospodarstwie, w najlepszej szkole życia. Dużo by pisać, jak wpłynęło to na mój światopogląd, szacunek do wsi, ludzi. Moim autorytetem byli ludzie pracujący w polu, a pamięć o nich i obrazy z dzieciństwa na tyle zapisały się w mojej głowie, że postanowiłam po kilkunastu latach wrócić do tych odczuć i jeszcze raz zagłębić się w ten świat. Być fair w swoich materiałach i publikowanych treściach, jednocześnie pokazując to co prawdziwe. I prawdopodobnie to właśnie ciekawość jest pierwotnym źródłem moich reporterskich skłonności i upodobań.

Na rowerze przebyłaś Szlak Latarni Morskich, czyli niemal 500 km wzdłuż wybrzeża Bałtyku w Polsce. Sam jestem po urlopie nad polskim morzem. Jest coś magicznego w latarniach morskich i historiach, które skrywają, dzięki czemu odwiedza się je zawsze z dziecięcą pasją. Mam też taką refleksję, że mimo tych parawanów odgradzających ludzi, na plaży miejsce jest dla każdego. I to jest też piękne. Powiedz, może po swojej wyprawie masz jakieś przewrotne refleksje, wnioski o polskim wybrzeżu?

MS: Wkrótce wyruszę po raz trzeci również na rowerze wzdłuż Polskiego Wybrzeża Morza Bałtyckiego. I przyznam, że za każdym razem Bałtyk budzi we mnie wiele pozytywnych emocji. Szlak Latarni Morskich to realizacja, którą akurat polecam każdemu. Wyjazd który mogłabym odnawiać tak po prostu bez specjalnych założeń. Jako pomysł na uspokojenie myśli, odpoczynek, dobry trening wysiłkowy, ale przede wszystkim zachętę na spojrzenie na nasze Polskie morze z innej perspektywy.

A może ona poszerzyć się kiedy odwiedzimy latarnię i spojrzymy na dany region z góry. Gdzieś w tej obserwacji znikają wkurzające parawany i zyskuje się większy kontakt z tym co nas otacza. Były jednak latarnie, na których nie wytrwałam nawet 10 minut. Powód? Lasy domków letniskowych, osiedli z nowo powstałymi apartamentami i pustymi plamami pod przyszłe inwestycje. Nie tego oczekują jednak oczy pokonując kilka dobrych pięter. Na szczęście, dużo więcej mogłabym opowiedzieć o tych miłych zaskoczeniach.

Masz swoją ulubioną latarnię, miejsce?

MS: Nie chciałabym promować tej jednej latarni bo wydaje mi się, że ma swojego indywidualnego ducha, niepodobnego do żadnej innej jak to mówią w języku kaszubskim-blizy (przy. red. latarni), ale jestem ciekawa czy ktoś może mieć podobne spostrzeżenia odnośnie latarni morskiej w Czołpinie. Widok z wieży rozciąga się na wydmę Czołpińską, po przeciwnej stronie na górę Rowokół w Słowińskim Parku Narodowym, jest cicho i spokojnie. Dla turysty, który szuka intymności i odpoczynku w szczycie sezonu, plaże na wschód od Czołpina mogą okazać się błogosławieństwem. Sama wieża usytuowana jest w takim miejscu, że trzeba trochę pofatygować się żeby do niej dotrzeć. Z kolei do morza przyjemnie zbiega się w dół. Największą nagrodą przebywania na latarni jest pachnące powietrze, które zawiera najlepszą morską mieszanką jodu i zapachu sosny.

Wspomnijmy jeszcze o innej rowerowej podróży tj. Twoim udziale w jednym z trudniejszych etapów rowerowej sztafety dookoła świata Bike Jamboree. Razem z grupą przyjaciół na 8. etapie przejechaliście w zimie blisko 1200 kilometrów przez góry Ałtaj. Nie każdy podjąłby się tego ekstremalnego wyzwania. Z czym musieliście się zmagać?

MS: Już teraz wiem, że wbrew pozorom najtrudniejsze to dobranie odpowiedniej załogi na taką podróż. Ludzi, którzy byliby skłonni do kompromisów jeśli pojawi się trudna sytuacja i skorych do pomocy. Dobry, wspierający się team często świadczy o powodzeniu takich wypraw. Nam na szczęście udało się dopasować swoje cechy charakteru i umiejętności do trudów podróży, choć nie obyło się bez konfliktów. Zmagaliśmy się przede wszystkim z niskim temperaturami, które zdecydowanie utrudniały nam rozbicie i założenie obozu, wydłużały czas każdej najmniejszej operacji na mrozie.

Kiedy dochodziło do usterek, prace naprawcze wymagały od nas determinacji, ponieważ do bardziej precyzyjnych uszkodzeń musieliśmy zdejmować rękawiczki, często podejmując ryzyko odmrożeń. Sam przejazd przez góry Ałtaj to pokonywanie wielu podjazdów rzędu 12% nachylenia drogi, gdzie cyfry na znakach nabierają dopiero znaczenia, gdy przewyższenie jawi się przed naszymi oczami, a rower z pełnymi sakwami jest coraz trudniejszy do kierowania.

Wywiad z Magdaleną Sobczak

Samo słuchanie o Waszej przygodzie mrozi krew w żyłach. Powiedz, co pozwalało Ci przełamywać własne słabości, mróz, wiatr i całe to poczucie, że wszystko działa jakby na przekór?

MS: Jestem upartym baranem, czasem może za bardzo, ale ten upór sprawia, że w wielu kwestiach walczę do końca, nawet jeśli sprawy układają się inaczej niż bym tego chciała. Lubię mieć poczucie, że zrobiłam wszystko co w mojej mocy, że dałam się z siebie nie 100%, ale 102%. Kiedy jesteś w sercu Syberii o wiele trudniej jest się poddać. Właściwie nie masz wyjścia, nie możesz uciec od bólu i pieczenia rąk, którym właśnie próbujesz przywrócić ciepłotę. Jesteś też głodny, zmęczony, ale odsuwasz te wszystkie niedogodności na bok, bo koncentracja na nich w żaden sposób nie przybliży cię celu, przeciwnie – osłabi cię. W takich ekstremalnych sytuacjach przydaje się mieć jakiś wierszyk, modlitwę, którą można powtarzać jak mantrę gdy jest ci ciężko. Wszystko byle skupiać się na tym co dobre, produktywne i jechać dalej.

Zdarzało Ci się mocno ryzykować w poszukiwaniu lepszego kadru, czy uwiecznienia wyjątkowych miejsc, chwil? Jaka jest największa trudność w Twojej pracy?

MS: Ambicje czasem nas gubią. Nie myśli się racjonalnie kiedy czegoś chcemy. Od czasu do czasu zdarza mi się mocno zapalić na jakieś działanie bo widzę w nim sens, ale nawet najlepszy efekt nie jest wart utraty zdrowia lub sprzętu. Kiedy robiłam zdjęcia w Rosji na długim czasie naświetlania, by uwiecznić naszą grupę siedzącą przy ognisku z rozgwieżdżonym niebem i górami w tle, ryzykowałam odmrożeniami. To było zaledwie dziesięć może piętnaście minut walki z ustawieniami na najcieńszych rękawiczkach, a ból dłoni w namiocie chciał wyrwać mnie z butów.

Faktycznie to niełatwa praca i to co jawi się jako ciekawa przygoda, może być ryzykowne dla zdrowia. W takim razie, jakie wyposażenie jest dla Ciebie niezbędne podczas wypraw reporterskich? Co wspiera Twoją aktywność?

MS: Często mam ze sobą reporterski zestaw fotograficzny, aparat, obiektywy: zmiennoogniksowe, stałoogniskowe, do ciemnych pomieszczeń plus lampę błyskową, choć najczęściej korzystam z naturalnego światła. Zabieram również dyktafon i notatnik by na bieżąco prowadzić zapiski. Moim must have jest również od niedawna HAMMER Energy, który w sytuacjach gdzie nie mogę pozwolić sobie na skorzystanie z dostępnego w plecaku sprzętu, pozwala mi zachować bez ryzyka uszkodzenia, jakikolwiek rejestr spotkań lub rozmów. Wtedy robię nim zdjęcia, rejestruje dźwięk.

Możesz zdradzić nieco więcej o HAMMERZE – za co przede wszystkim go doceniasz?

MS: Podczas jazdy na rowerze, HAMMER Energy 18×9 służy mi przede wszystkim jako nawigacja. Wytrzymała bateria daje większe możliwości eksploracji bez dodatkowego zasilania. Duży ekran pozwala mi na swobodę pracy kiedy jestem z dala od komputera, a także szybkiej edycji zdjęć w aplikacjach. Przemieszczam się z nim bez stresu o ewentualne uszkodzenie w razie upadku. Z racji, że mojej aktywności często towarzyszą zmienne warunki atmosferyczne, używając HAMMERA nie martwię się o deszcz ani o niską temperaturę. HAMMER przetrwał już naprawdę wiele.

Powiedz jeszcze, skąd konkretne pomysły na wyprawy i wyzwania? Nie są to przecież komercyjne projekty, a jednak – ich różnorodność jest dość zaskakująca.

MS: Czasem z jednego projektu rozgałęzi się kolejny, powtarzalny lub nie. Tak jak spodobała mi się zimowa jazda na rowerze i podróże po Polsce z reporterskimi misjami. Przede wszystkim to projekty, które mają mnie rozwijać, nie coś udowadniać lub komuś imponować. Podróżujemy, podejmujemy wyzwania bo coś nas do nich pcha, spełniamy się w nich i czegoś uczymy. Ja również swoje pomysły traktuje jako naukę, czym trudniejszy projekt ze względów logistycznych tym bardziej jestem w stanie poznać siebie i swoje możliwości. To bardzo kuszące, ale też ryzykowne.

Po tak wielu podróżach – co jest dla Ciebie największą motywacją i wartością – sama podróż czy cel?

MS: Podróż, ale by zrobić ten pierwszy krok, ważne jest wyznaczenie sobie celu. Może on się z czasem zmienić, ale najważniejsze to ruszyć, zmienić coś wokół siebie. Posłuchać tego co gdzieś tam w środku mówią podszepty serca.

Jakie masz podróżnicze plany i marzenia?

MS: Chciałabym przede wszystkim w nadchodzącym roku skupić się mocno na Polsce, na fotografowaniu wsi, rozmowach z jej mieszkańcami, na spokojnym podpatrywaniu życia w różnych regionach naszej ojczyzny. Nie mam marzeń podróżniczych, podróżowanie stało się teraz bardzo dostępne i powszechne. Możemy się przemieszczać w błyskawiczny sposób i docierać w różne krańce świata. Chciałabym jednak by przez całe swoje życie nie zabrakło mi odwagi do realizowania wszystkich pomysłów i planów jakie przyjdą do mnie. Z pewnością chciałabym wrócić do Rosji i zrobić kilka projektów reporterskich w niektórych państwach dawnego bloku wschodniego.

Rozmawiał i opracował Mateusz Byś

Opublikowano: 17.10.2019

Newsletter

Zapisz się i otrzymuj informacje o:

  • Pancernych smartfonach HAMMER oraz produktach myPhone
  • Promocjach i konkursach na telefony oraz akcesoria

Zapisując się na newsletter, akceptujesz regulamin serwisu